Wraz z mężem mieszkamy w bloku na 12 piętrze. W ciepły letni dzień, mieliśmy zaplanowane generalne sprzątanie. Przyszła kolej na mycie okien. Postanowiłam przejąć to zadanie, podczas gdy mój mąż był zajęty innymi obowiązkami domowymi.
Uzbroiłam się więc we wszystkie narzędzia i ściereczki, aby doprowadzić okna do porządku i zaczęłam wspinać się na parapet. Nie było to jednak łatwe, oparłam się na stopie i coś chrupnęło mi w kostce. Wydałam z siebie niezbyt głośne, ale przeciągające się „oooh”. Postanowiłam nie rozpraszać męża i położyłam się na kilka minut w sąsiedniej sypialni.
Chwilę później słyszę, jak Szymon wlatuje do pokoju, w którym zamierzałam umyć okno, a potem rozlega się okrzyk „Syyyylwiaaaaaa” i nic więcej. A ja odpowiedziałam mu z sąsiedniego pokoju: „Kochanie, jestem tutaj”. Przybiegł jak oparzony i pyta, co się stało. Wyjaśniłam mu wszystko, a on odetchnął z prawdziwą ulgą.
Mówię do mojego męża: „Co się stało? Dlaczego jesteś taki blady?” A on mówi: „Wydawało mi się, że słyszałem jakieś krzyki, a Ty przecież poszłaś umyć okna. Sprawdzę, czy wszystko jest w porządku. Wszedłem do pokoju, a tam było otwarte okno, na parapecie leżały twoje kapcie i nic. Zacząłem mieć takie myśli w głowie….”.
Bardzo się śmiałam, a mój mąż od tamtej pory nie pozwala mi zbliżać się do mycia okien. Wzywa specjalnych pomocników, kiedy zamierzamy zrobić porządki.


