Chyba żartujesz, Olku? Powiedz mi, że to jakiś głupi dowcip. Albo może nie dosłyszałam przez szum kranu?
Zofia zakręca wodę, wyciera dłonie o ścierkę i powoli odwraca się do męża. Z kuchni czuć gotowanymi warzywami, świeżym koperkiem i mandarynkami aromaty zwiastujące Sylwestra. Do północy i Nowego Roku zostało zaledwie sześć godzin. Na blacie piętrzą się miski z pokrojonymi składnikami do sałatki jarzynowej, w piekarniku dochodzi już kaczka z jabłkami, a w lodówce stygnie galareta, którą Zofia gotowała całą noc.
Olek stoi w drzwiach, zakłopotany, przekłada ciężar ciała z nogi na nogę. Miętosi guzik koszuli od piżamy oczywisty znak, że choć wie, jak absurdalnie to brzmi, nie zamierza się wycofać.
Zośka, proszę cię, nie zaczynaj… mówi błagalnie, niemal uniżenie. U Magdy pękła rura. No, dobra, nie pękła, ale odcięli wodę i ogrzewanie. Wyobraź sobie, siedzieć z dzieciakami w taki wieczór w zimnie! Przecież nie mogłem odmówić. To w końcu moje dzieci.
Dzieci, tak, twoje Zofia stara się mówić spokojnie, choć wszystko w niej się kłębi z żalu. A Magda? Ona też twoje dziecko? Czemu nie jedzie do mamy, do koleżanki? Chociaż hotel? Płacisz na nich alimenty, stać ją na apartament.
Matka w sanatorium, koleżanki wyjechały spuszcza wzrok Olek. Poza tym to przecież rodzinne święto. Młodym będzie miło spędzić Nowy Rok z tatą. Po prostu zjemy kolację, obejrzymy fajerwerki. Co w tym złego? Mieszkanie duże, wszystkim wystarczy miejsca.
Zofia omiata wzrokiem kuchnię. Rzeczywiście, mieszkanie przestronne, ale to ich miejsce. Jej i Olka. Tydzień sprzątania, ubieranie choinki, wybieranie serwetek pod kolor zasłon, drogie perfumy podarowane Olkowi wymarzony wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej: świece, ciche światła lampek, spokojna muzyka i tylko oni pierwszy Nowy Rok od trzech lat spędzany bez gości, bez wyjazdów. Ta spokojna wizja właśnie się wali.
Olek, umawialiśmy się przypomina cicho. Tylko my ten wieczór. Synów zawsze przyjmuję w weekendy, wiesz to doskonale. Ale Magda… Zaprosiłeś byłą żonę na nasz stół. Zdajesz sobie sprawę, jak ja się teraz czuję?
Przesadzasz odparowuje, próbując dodać sobie pewności. Jesteśmy dorośli, cywilizowani. Magda jest normalną kobietą, to matka moich dzieci, nie rób scen, Zosiu. Nie bądź egoistką, nie można być tak okrutną w święta. Za godzinę będą.
Odwraca się szybko i wychodzi z kuchni, chyba bojąc się, że Zofia czymś rzuci. Ona zostaje, wsparta o blat. W piekarniku przyjaźnie skwierczy kaczka, ale apetyt całkowicie znika. Nie bądź egoistką te słowa ranią najbardziej. Całe trzy lata stara się być idealną żoną. Dba o porządek, nie utrudnia Olkowi kontaktu z dziećmi, znosi telefony od Magdy i jej prośby o naprawę kranu czy zabranie kota od weterynarza. Taka wdzięczność.
Zofia z automatu kroi ziemniaki, licząc na to, że złość przejdzie. Może rzeczywiście nic się nie stanie? Może Magda zachowa się przyzwoicie? W końcu Nowy Rok to czas cudów i pojednań.
Cud nie nadchodzi. Z dzwonkiem u drzwi, dokładnie po pięćdziesięciu minutach, Zofia zdąży jeszcze zmienić szlafrok na elegancką sukienkę i delikatnie się pomalować. Olek pędzi otwierać z szerokim uśmiechem.
Do przedpokoju wpada gromadka. Najpierw dwaj chłopcy dziesięcioletni Michał i siedmioletni Tomek. Bez zdejmowania butów przebiegają po jasnych panelach do salonu, zostawiając ślady. Za nimi, jak lodołamacz, wkracza Magda.
Czerwono ubrana, z głębokim dekoltem i ogromnymi torbami. Otacza ją ciężki zapach słodkich perfum, który błyskawicznie wypiera w kuchni aromat mandarynek.
O, jak dobrze! oznajmia głośno, zrzucając śnieg z kożucha prosto na podłogę. Korki koszmarne, musiałam przekonywać taksówkarza, żeby szybciej jechał! Olek, weź te torby, tam prezenty dla chłopców i szampan. Porządny szampan, nie ten wasz najtańszy.
Zofia wychodzi do przedpokoju z napiętym uśmiechem.
Dobry wieczór, Magdo. Chłopcy, cześć.
Magda rzuca jej krytyczne spojrzenie, szczególnie zatrzymując się na prostej granatowej sukience Zofii.
Cześć, Zośka rzuca niedbale. Ale tu duszno! Trzeba by okno otworzyć. A gdzie są moje kapcie? Te różowe, zostawiłam tu ostatnio, jak wpadałam po pieniądze.
Zaraz znajdę, Magdziu Olek zabiera się do przeszukiwania szafki na buty.
Magdziu. Zofia czuje, jak coś ją ściska w środku. Była żona w jej domu ma własne kapcie? I Olek wie, gdzie je trzymać?
Goście przechodzą do salonu. Chłopcy już oglądają telewizję na cały regulator i skaczą po nowej, jasnej kanapie, którą Zofia zagładzała przed gośćmi z każdej strony.
Michał, Tomek, proszę, troszkę ciszej prosi łagodnie.
Daj spokój, niech się bawią, dzieci są! wtrąca Magda, rozsiadając się w fotelu. Olek, wody mi nalej, bo mi aż w gardle zaschło.
Kolejna godzina zamienia się w teatr jednego aktora. Magda jest wszędzie. Ocenia choinkę (Jakieś nudne ozdoby, dawniej było weselej), komentuje nakrycie stołu (Po co tyle widelców, jakbyśmy byli na królewskim dworze), głośno beszta dzieci, a za chwilę już je rozpieszcza. Olek krząta się, spełniając każde jej życzenie: przynieś poduszkę, ścisz telewizor, przynieś ładowarkę do telefonu. Na Zofię ledwie zerka, wyraźnie jej unikając.
Zofia nakrywa do stołu w milczeniu. Ustawia naczynia, kieliszki czuje się jak obsługa bankietowa.
Zosiu! krzyczy Magda z salonu. Sałatka jarzynowa z mortadelą? Serio? Olek zawsze lubił z szynką, nie wiedziałaś? My zawsze robiliśmy z szynką.
Olek od trzech lat zjada moją sałatkę z przyjemnością odpowiada Zofia z kuchni, stawiając miskę z impetem na tacę.
To pewnie z grzeczności śmieje się Magda. Biedny Olusiek, dusi się i je z kultury.
Olek, stojąc w drzwiach salonu, uśmiecha się krzywo i milknie. Nie broni Zofii, nie powie: Zosia gotuje świetnie. Jest cicho nie chce zepsuć humoru byłej żonie.
To pierwszy sygnał. Drugi: Zofia przynosi kaczkę z pieca. Skórka lśni, mięso upieczone wręcz perfekcyjnie. Dumna stawia ją na stole.
Częstujcie się. Kaczka z antonówkami i suszonymi śliwkami.
Chłopcy podbiegają do stołu, krzywią się.
Be, przypalona! woła Tomek. Ja nie chcę! Tata, może pizza?
Nie przypalona, tylko skórka chrupiąca tłumaczy Zofia.
Oj, dzieci nie jedzą takich rzeczy Magda grzebie widelcem w kaczce. Tłusta ta kaczka. A śliwki do mięsa… Kto to jada? Olek, zamów pizzę dzieciom. I mi też, nie ryzykuję, mam wrażliwy żołądek.
Olek patrzy na Zofię z wyrzutem.
Zośka, co ty na to? Dzieci potrzebują święta. Szybko zamówię, za pół godziny będzie.
Naprawdę? głos jej się łamie. Gotowałam od rana, marynowałam całą dobę. To moje popisowe danie.
Nie gniewaj się Olek próbuje ją objąć, ale Zofia się cofa. Każdy ma inne smaki. Zjemy i kaczkę, i pizzę. Będzie bogatszy stół.
Już wybiera w telefonie numer pizzerii, pytając Magdę: Z czym chcesz, z pieczarkami czy salami?
Zofia przysiada na stołku, czując się, jak w absurdalnym śnie. Jej dom, jej kuchnia, a ona siedzi w kącie, a jej mąż z byłą żoną ustalają dodatki do pizzy i krytykują jedzenie.
Słuchajcie! ożywia się Magda, nalewając sobie szampana bez pytania. Olek, pamiętasz Sylwestra 2015? W Zakopanem? Przebrałeś się za Mikołaja, broda ci się odkleiła w najgorszym momencie! Ubaw po pachy!
No jasne! Olek się rozpromienia. A ty byłaś Śnieżynką i złamałaś obcas w śniegu!
Na wspomnieniach jadą dalej: pierwsza wycieczka nad morze, pierwszy samochód, pierwsze kroki Michała… Śmieją się pełnymi ustami ich świat, ich przeszłość, w której dla Zofii nie ma miejsca. Siedzi przy pięknie zastawionym stole, a czuje się niewidzialna. Przezroczysta. Jak mebel.
Dzieci biegają dookoła, ktoś potrąca kieliszek z winem. Spada na białą obrus ten, który Zofia prasowała godzinę przed przyjściem gości. Czerwona plama błyskawicznie się rozlewa.
O jej… jęczy Magda. Olek, nie stój jak słup, posprzątaj! I co za pomysł, żeby na brzegu stawiać wino, gdzie dzieci biegają? Zosiu, masz sól? Posyp tym, nie spierze się, chociaż i tak tani obrus.
Zofia powoli wstaje. Słyszy już tylko szum w uszach, śmiech i głosy z telewizora zostają gdzieś daleko. Olek przynosi sól i czyści rozlany trunek, nie patrząc na nią.
W tej chwili Zofia widzi wyraźnie: jej tu nie ma. Jest fizycznie, ale dla Olka teraz nie istnieje. Są Magda, dzieci i jego wyrzuty sumienia, które próbuje zagłuszyć. Ona tylko tło, które ma podać jedzenie i być niewidzialne.
Cicho wychodzi z salonu. Nikt nie zauważa. Magda trajkocze o ostatnich odwiedzinach u byłej teściowej, Olek rechocze. W sypialni jest cicho. Tylko światło sączące się przez okno. Zofia wyciąga małą torbę sportową. Ręce nie drżą, wewnątrz lodowaty spokój i pewność. Działania są szybkie: jeansy, ciepły sweter, bielizna na zmianę, kosmetyczka, ładowarka, dowód. Przebiera się, układa sukienkę na łóżku, wciąga wygodne trapery. W lustrze widzi zmęczoną, ale zdecydowaną kobietę.
Schodząc do przedpokoju, słyszy dzwonek do drzwi dostawa pizzy.
Pizzaaa! wrzeszczą dzieci.
Olek, zapłać kurierowi, mam tylko stówkę! rządzi Magda.
Przechodzi obok salonu w milczeniu. Olek tyłem, płaci dostawcy. Czeka, aż wróci z kartonami do pokoju.
O, pizza dojechała! ogłasza radośnie.
Wtedy Zofia otwiera powoli drzwi wyjściowe i wymyka się na klatkę. Zatrzask zamka ginie w gwarze mieszkania. Wzywa windę dopiero gdy zjeżdża na dół, wypuszcza powietrze.
Na dworze pada puszysty śnieg. Miasto już przygotowane na północ, słychać petardy, śmiech. Zofia wyciąga telefon i wybiera numer.
Sawa, nie śpisz? mówi, gdy tylko koleżanka odbiera.
Żartujesz? Jedenasta, Sylwester! Z Ryśkiem odpalamy szampana. Co się stało? Tak dziwnie brzmisz…
Wyszłam od Olka. Mogę przyjść do ciebie?
Rany… pewnie, że możesz! Ryśka, wyciągaj jeszcze jedną szklankę, Zośka jedzie do nas! Gdzie jesteś? Wyślę ci taksę!
Czterdzieści minut później Zofia siedzi u Sawy w kuchni ciepło, pachnie cynamonem i spokojem. Rysiek, mąż Sawy, znikł przy telewizorze, żeby zostawić przyjaciółki.
Dawaj, opowiadaj Sawa nalewa jej herbaty z cytryną. Co tym razem ten twój nawywijał?
Zofia opowiada wszystko od rury u Magdy po obrażanie kaczki i wspólne wspomnienia.
Nawet nie o to chodzi, że przyszli stwierdza wreszcie, grzejąc się herbatą. Chodzi o niego. Stał się lokajem. O mnie zapomniał. Byłam dla nich służącą, a oni odgrywali szczęśliwą rodzinę. Po co mu ja, skoro nie zamknął za sobą przeszłości?
Typowy dobry mąż Sawa kręci głową. Chce być wszystkim na rękę, a najbliższej wbija nóż w plecy. Dobrze, że wyszłaś. Gdybyś została, uznałby, że może tak zawsze. Bo za twoje plecy i godność można dogodzić wszystkim innym.
Telefon Zofii przez godzinę milczy. Widać, dopiero przed kolacją orientują się, że jej nie ma. Dzwoni Olek. Odrzuca połączenie.
Dzwoni drugi raz. I trzeci.
Potem przychodzą wiadomości.
Zośka, gdzie jesteś? Szukamy cię.
Wyszłaś po coś? Pizza stygnie.
Zosiu, odbierz, to nie jest śmieszne. Goście pytają, gdzie pani domu.
Obraziłaś się? Wyszłaś? Zośka, bez przesady, wracaj natychmiast, jest mi głupio przed Magdą!
Zofia czyta i uśmiecha się krzywo. Głupio mu przed Magdą. Nie przed żoną, którą upokorzył, a przed byłą, która pewnie już cieszy się z triumfu.
Nie odpowiadaj radzi Sawa. Teraz on może sprzątać po swojej Magdzi i dzieciakach.
Zofia wyłącza telefon.
W tę noc noworoczną nie składa żadnych życzeń przy szampanie. Po prostu pije z przyjaciółką i jej mężem, ogląda Miś i czuje niezwykłą lekkość. Jakby ciężki plecak, który nosiła trzy lata, spadł nagle z barków.
Poranek pierwszego stycznia słońce, mróz. Zofia budzi się na kanapie u Sawy, rozchodzi się zapach świeżej kawy. Włącza telefon. Pięćdziesiąt nieodebranych połączeń. Dwadzieścia SMS-ów. Treść od zniecierpliwionej do błagalnej.
Dzieci rozbiły twoją ulubioną wazę. Przepraszam.
Magda się wścieka, że kanapa za twarda.
Wyszli. Zosiu, bałagan w mieszkaniu. Nie wiem, od czego zacząć.
Zosieńko, wybacz, jestem durniem. Proszę, odezwij się.
Około południa ktoś puka. Otwiera Sawa. Przed drzwiami stoi Olek, jakby wojna przeszła. Rozczochrany, pognieciona koszula z plamą po winie, w oczach cienie. W ręku ogromny bukiet róż najpewniej za fortunę z nocnego kiosku.
Sawa nie pozwala mu wejść.
No, przyszedłeś, bohaterze. Czego chcesz?
Sawuś, wołaj Zofię, wiem, że tu jest. Muszę z nią porozmawiać.
Zofia wychodzi. Gdy widzi go, nie czuje współczucia ani triumfu po prostu jest zmęczona.
Zośka! porywa się do niej, ale zatrzymuje go lodowaty wzrok. Zośka, przepraszam cię. Wszystko zrozumiałem. To był koszmar. Jak tylko wyszłaś, wszystko się rozlazło. Magda zaczęła rządzić, dzieci szalały, zwaliły choinkę… Próbowałem to ogarnąć, Magda mi mówiła, że jestem złym ojcem… Pokłóciliśmy się. W środku nocy wezwałem im taksówkę.
Opada z sił, szuka wzroku żony.
Zrozumiałem, Zośka. Jak cię skrzywdziłem. Stałem się cieniem samego siebie. Bałem się być złym ojcem, a stałem się potworem dla ciebie. Ty jesteś moją rodziną. Tylko ty. Wróć, proszę. Bez ciebie dom jest pusty. Posprzątałem prawie wszystko…
Zofia patrzy na róże, z których kapie na podłogę woda.
Nie tylko mnie uraziłeś, Olku. Pokazałeś mi moje miejsce. Gdzieś między kucharką a meblem. Pozwoliłeś, by inna kobieta rządziła w moim domu i mnie krytykowała.
Przysięgam, to się więcej nie powtórzy! Olek gorączkowo zapewnia. Zablokuję Magdę wszędzie, zostawię tylko kontakt w sprawie dzieci, tylko poza domem. Żadnych gości, żadnych telefonów w nocy. Wiem, gdzie się pomyliłem, obiecuję.
Zofia milczy. Widzi, że mówi szczerze, że naprawdę się boi. Ale czy da się zapomnieć, jak sama siedziała przy stole w Sylwestra?
Dziś nie wrócę mówi w końcu. Potrzebuję czasu. Zostanę u Sawy jeszcze parę dni. Ty… wracaj do domu. Pomyśl, nie o tym, jak mnie odzyskać, tylko dlaczego w ogóle do tego dopuściłeś. Dlaczego zdanie byłej było ważniejsze od uczuć obecnej.
Poczekam szepcze Olek, spuszczając głowę. Ile trzeba, tyle. Kocham cię, Zośka. Kocham naprawdę.
Kładzie bukiet na komódce i odchodzi skulony. Drzwi się zamykają.
Zofia wraca do kuchni. Sawa już polewa świeżą herbatę.
I co? Wybaczysz? pyta.
Nie wiem, Sawuś. Może, z czasem. Jest dobrym człowiekiem, po prostu się pogubił. Ale jeśli wrócę, to już będą zupełnie inne zasady. Już nigdy nie pozwolę zepchnąć siebie na dalszy plan. Nigdy.
Podchodzi do okna. Miasto pod białym, czystym śniegiem jakby zaczynało się od nowa. Życie toczy się dalej i Zofia wie już teraz na pewno: pióro, którym zapisuje swoją historię, musi być w jej rękach, nie w dłoniach duchów z przeszłości.



