Wiedziałem, że to głupota, ale i tak to zrobiłem. Stałem tam, na tej prezentacji róż w Los Angeles, z dziesięcioma krzewami odmiany Shania Twain, i czułem się jak nastolatek, który przyniósł kwiaty na pierwszą randkę. Tylko że ja miałem sześćdziesiąt pięć lat, a kobieta obok mnie — Bo — sześćdziesiąt dziewięć. I wciąż, po tylu latach, chciałem jej zaimponować.
Norby, mój agent i przyjaciel od trzydziestu lat, patrzył na mnie z tym swoim uśmiechem. „John, wydałeś ponad dwa tysiące złotych na róże. Wiesz, że to tylko kwiaty?"
„To nie tylko kwiaty" — odpowiedziałem, podpisując czek. „To Shania. A Shania to przyjaciółka Bo od dekad."
Norby pokręcił głową, ale widziałem, że rozumie. Zawsze rozumiał. To on, w 2002 roku, zaaranżował nasze pierwsze spotkanie.
—
Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj. Norby zadzwonił do mnie z pytaniem, czy potrzebuję osoby towarzyszącej na przyjęciu przed rozdaniem Oscarów. „Znajdę ci kogoś" — powiedział. „Zaufaj mi."
Nie spodziewałem się, że tą osobą będzie Bo Derek. Kobieta, która przez lata była symbolem piękna, legendą kina. Kobieta, którą oglądałem na ekranie, zanim jeszcze pomyślałem o aktorstwie. Miałem czterdzieści lat i nigdy nie byłem żonaty. A ona, w wieku czterdziestu pięciu lat, wciąż nosiła w sobie żałobę po Johnie Dereku, swoim mężu, który zmarł cztery lata wcześniej.
„Norby, chyba żartujesz" — powiedziałem do telefonu, kiedy podał mi jej nazwisko.
„Nie żartuję. Bądź sobą, John. To wystarczy."
Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić. Przez trzy dni przed przyjęciem nie mogłem spać. Wyobrażałem sobie tę kobietę, którą milion mężczyzn znało z plakatów, jak patrzy na mnie i widzi kogoś, kto próbuje za wszelką cenę być zabawny. Norby musiał do mnie dzwonić dwa razy dziennie, żebym się nie wycofał.
Na przyjęciu trzymałem się raczej z boku. Bo zjawiła się punktualnie, ubrana z tą swobodną elegancją, która zawsze ją charakteryzowała. Przywitała się ze mną, jakbyśmy znali się od lat. Żadnego dystansu, żadnej gry. Podała mi rękę i powiedziała coś, co kompletnie rozbroiło moją tremę: „Słyszałam, że podobno opowiadasz dobre dowcipy. Mam nadzieję, że to prawda, bo strasznie nie lubię sztywnych przyjęć."
Roześmiałem się. Nie pamiętam, czy opowiedziałem jej wtedy jakikolwiek dowcip. Pamiętam za to, że przez cały wieczór ani razu nie poczułem, że muszę udawać kogoś, kim nie jestem.
Bo opisała to później dwoma słowami: „Przyciąganie i wygoda." Dla mnie to było coś więcej. To było jak powrót do domu, o którym nie wiedziałem, że za nim tęsknię.
Ale wiedziałem też, że ona wciąż nosi obrączkę na łańcuszku pod bluzką. Zauważyłem to, kiedy pochyliła się po kieliszek wina. Nie powiedziałem nic. Zapytałem tylko, czy zjadłaby ze mną kolację w przyszłym tygodniu. Milczała chwilę dłużej, niż powinna, zanim odpowiedziała „tak".
—
Przez kolejne lata budowaliśmy coś, czego nigdy nie szukałem. Dom na ranczu w Santa Ynez, z końmi, kurami i psami, które Bo uparcie nazywała imionami po bohaterach westernów. Nie spieszyliśmy się. Ona bała się jeszcze jednego ślubu — powiedziała mi to wprost którejś nocy w kuchni, trzymając w rękach kubek z zimną już herbatą: „John, ja już raz pochowałam męża. Nie wiem, czy przeżyłabym to jeszcze raz." Nie naciskałem. Przez osiemnaście lat nie wypowiedziałem słowa „ślub" ani razu więcej.
Aż przyszedł rok 2020.
Był piątek, 18 grudnia, dwa dni przed tym, jak w telewizji zaczęli liczyć, ilu ludzi zmarło tego dnia w całym kraju. Siedzieliśmy przy kominku w salonie, Bo czytała biografię Katharine Hepburn, a ja od pół godziny obracałem w kieszeni obrączkę, którą kupiłem trzy tygodnie wcześniej i nie miałem odwagi jej pokazać. Bałem się usłyszeć to samo, co usłyszałem kiedyś w kuchni.
Odłożyła książkę, kiedy zobaczyła, że nie mogę usiedzieć spokojnie.
„John, co się dzieje?"
Wyjąłem obrączkę z kieszeni. Nie ukląkłem — kolana już nie te — tylko usiadłem obok niej na podłodze, przy kominku, i podałem jej pudełeczko otwarte.
„Wiem, co mi kiedyś powiedziałaś" — zacząłem, a głos mi się łamał. „O tym, że nie wiesz, czy przeżyłabyś to jeszcze raz. I rozumiem, jeśli odpowiedź wciąż brzmi nie. Ale ten rok zabrał tylu ludziom wszystko. A ja nie chcę czekać na lepszy moment, bo może go nie być."
Bo patrzyła na pudełeczko długo. Wystarczająco długo, żebym zdążył pożałować, że w ogóle spytałem. W kominku strzeliło polano. Gdzieś na zewnątrz szczekał jeden z psów.
„Jeśli powiem tak" — odezwała się w końcu — „to dlatego, że chcę, żeby ten rok zapamiętał mnie z czymś innym niż strach. Nie dlatego, że się boję stracić ciebie."
„Więc to tak?"
„To tak."
Ślub wzięliśmy po cichu, bez rozgłosu, dziewięć dni później. Tylko najbliższa rodzina i garstka przyjaciół w ogrodzie zimowym rancza. Żadnych kamer, żadnych wywiadów.
—
„John, chyba nie planujesz mi tego wszystkiego wysłać?" — zapytała Bo, kiedy wróciłem do domu pikapem z dziesięcioma krzewami róż przeznaczonymi na cele charytatywne, a przy okazji z kilkoma dla niej.
Właściwie to nie planowałem. Ale kiedy zobaczyłem jej uśmiech, zrozumiałem, że to było dokładnie to, co chciałem zrobić.
„Część jest dla twoich przyjaciółek" — powiedziałem. „Mówiłaś, że lubią róże."
„John" — powiedziała cicho — „przyniosłeś dziesięć krzewów. To chyba więcej niż dwa tysiące złotych."
„Wiem."
„To dużo pieniędzy na róże."
„Wiem."
Podeszła i wzięła mnie za rękę, tę samą, która trzy lata wcześniej drżała, trzymając pudełeczko przy kominku. Nie powiedziała, że przesadziłem. Nie powiedziała, żebym je oddał.
„Chodź" — powiedziała tylko. „Przynieś łopaty z szopy. Ja wezmę rękawice."
Klęczeliśmy potem obok siebie na wilgotnej, grudniowej ziemi rancza, wykopując dziesięć dołków rządkiem wzdłuż płotu, a zapach róż Shania Twain — słodki, lekko cytrusowy — mieszał się z wonią mokrej gleby. Bo otrzepała ręce z ziemi, zostawiając na moim rękawie brudny ślad w kształcie dłoni, i zawołała psa, który właśnie wykopał jeden z krzewów.
„Bo!" — krzyknęła w stronę zwierzaka, śmiejąc się tak, że musiała usiąść na piętach.



