Wraz z małżonkiem Darkiem, niedawno zamieszkaliśmy w nowej dzielnicy naszego miasta. Postanowiliśmy kupić ładny apartament, który był częścią dużego domu jednorodzinnego. To było trzypokojowe mieszkanie z dużymi pomieszczeniami, piękną łazienką i przestronną kuchnią. Cena również była bardzo korzystna, więc długo się nie zastanawialiśmy. Zazwyczaj za takie pieniądze w naszym mieście można było wynająć jedynie kawalerkę, więc uznaliśmy, że szczęście nam dopisało. Kiedy się wprowadzaliśmy, sąsiedzi dziwnie na nas patrzyli. Słyszeliśmy plotki, że w mieszkaniu nad nami mieszka starsza kobieta, która ma ponad 80 lat z córką która jest po 50-tce. Nie przejęliśmy się jednak plotkowaniem ludzi i z radością oczekiwaliśmy przeprowadzki do naszego nowego mieszkania. Sąsiadujące z nami Panie, wyglądały zupełnie normalnie. Były czyste, nie hałasowały, nie przychodzili do nich dziwni goście i miały trzy słodkie koty. Cieszyliśmy się, że mamy takie porządne i spokojne sąsiadki, ponieważ kiedyś mieszkaliśmy obok rodziny patologicznej, co nie było miłe, ani bezpieczne.
Tydzień po przeprowadzce, poszliśmy do sąsiadek z góry, z blachą ciasta, które upiekłam tego dnia, aby się przywitać. Otworzyła nam starsza pani, która z uśmiechem powiedziała, aby mówić do niej ciocia Bożena. Wyglądała ładnie, miała delikatny makijaż i skromną biżuterię. Zaczęliśmy rozmawiać przy filiżance herbaty, a kobieta zaczęła nam opowiadać o swoim życiu. O tym jaki był jej były mąż, o swojej pracy i młodości. Wyglądała jak zwyczajna kobieta po osiemdziesiątce. Lekko znudzona życiem i trochę zdziwaczała. Zanim wyszliśmy, opowiedziała nam również o swojej córce, która pracowała w pobliskim laboratorium. Kiedy już wychodziliśmy z mieszkania, rzuciła mi dziwne spojrzenie, i powiedziała, że jesli chcemy, może przedstawić swoją córkę, mojemu mężowi. Zachwalała, że jest piękna i mądra, tylko samotna. Nie spodobała mi się sugestia starszej sąsiadki, ale postanowiłam puścić ją mimo uszu. Myślałam, że to była jednorazowa sytuacja, jednak mój mąż po kilku tygodniach wyznał mi prawdę, że jak tylko spotyka staruszkę, to ona zagaduje do niego i sugeruje, aby jak najszybciej poznał jej córkę. Szczerze mówiąc, nasze życie w tym mieszkaniu było nieco dziwne.
W każdej chwili mogła przyjść do nas sąsiadka, która wchodziła bez pukania, jeśli akurat nie zamknęliśmy drzwi na klucz. Na początku wpuszczaliśmy ją do środka, ale potem mieliśmy już dość jej natrętności. Kiedy przestaliśmy ją wpuszczać, zaczęła sama wchodzić do środka, ponieważ miała klucze, które zostawił jej poprzedni właściciel. Postanowiliśmy więc, zmienić zamki w drzwiach, jednak wciąż brakowało na to czasu. Zaczęłam myśleć, że ona nas obserwuje, albo śledzi. Czekała na nasze przybycie z pracy i wychodziła ze swojego mieszkania, pod różnymi pretekstami. Na mieście zaczęłam słyszeć różne plotki o nas i o o sytuacjach, które rzekomo działy się w naszym mieszkaniu. Byłam pewna, że to ciocia Bożena rozpowiada plotki.
Kiedy poszłam do sąsiadki i powiedziałam, że jej zachowanie przekroczyło już pewną granicę, popatrzyła na mnie złowrogo, splunęła mi pod nogi i zatrzasnęła drzwi. Przez kolejne dni trudno było mieszkać w mieszkaniu, ponieważ telewizor Bożeny huczał na cały regulator, tak że nie słyszeliśmy własnych myśli. Sytuacja stawała się coraz gorsza.
Kolejnego wieczoru postanowiłam wyjść przed dom, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Kątem oka dostrzegłam ciemną postać która grzebała przy drzwiach sąsiadki. Kiedy mężczyzna zobaczył, że go obserwuję, szybko uciekł. Następnego poranka usłyszeliśmy z mężem łomot do drzwi, pukała Bożena. Zaczęła wykrzykiwać obelgi i wyzwiska w naszą stronę, oraz stwierdziła, że to my daliśmy klucz złodziejowi, który chciał włamać się do jej mieszkania i ją okraść. Powiedziała, że idzie natychmiast na policję i na nas doniesie. Nie wiedzieliśmy czy mówi poważnie, czy z jej głową było coś nie tak. Przekonaliśmy się o tym za kilka godzin. Zapukaliśmy do Bożeny, aby wyjaśnić sytuację, a ona otworzyła nam drzwi jakby nigdy nic z uśmiechem na twarzy i zaczęła opowiadać o swojej córce i zmarłym mężu. Wtedy byliśmy pewni, że nasza sąsiadka jest chora psychicznie i powinna się leczyć.
Przez kilka kolejnych dni był spokój, jednak kiedy pewnego popołudnia wróciliśmy z pracy do domu, już nie mogliśmy dostać się do naszego mieszkania. Zamki były zmienione, a sąsiadka ze środka wołała, że już tu nie mieszkamy i jesteśmy złodziejami. Po godzinie rozmowy nie mogliśmy jej skłonić do otwarcia drzwi. Musieliśmy, więc wezwać pracowników, którzy wyrwali zamek. Wezwaliśmy również policję i pogotowie, bo Bożena krzyczała i miotała się spazmatycznej złości.
Od tego czasu sąsiadki nie widzieliśmy przez około tydzień. Kiedy zapytaliśmy jej córkę, gdzie jest jej matka, odpowiedziała, że to nasza wina, że trafiła do szpitala psychiatrycznego. Leczą ją już od miesiąca. Żyjemy w spokoju, ale lepiej jeśli znajdziemy inne mieszkanie. Obawiamy się że nasza chora sąsiadka wróci, i nadal będzie zatruwać nam życie.



