W ogóle nie chciałam brać tego ślubu. Miałam dopiero 18 lat, zaszłam w nieplanowaną ciążę z moim kolegą z klasy, z którym spotykałam się od roku. Rodzice nas zmusili do ślubu i niestety, nie miałam za wiele do powiedzenia. Dla nich nieślubne dziecko to grzech, o aborcji nie było wolne, dlatego musiałam robić to, co mi mówili. Inaczej wyrzuciliby mnie z domu.
Pomimo tego, że Cezary był starszy ode mnie, to nie zachowywał się jak prawdziwy mężczyzna. Był prawdziwym niezdarą i maminsynkiem. Mimo wszystko kiedy dowiedział się o mojej ciąże, nie próbował zbiec od odpowiedzialności, tylko powiedział, że pomoże wychować mi dziecko.
Nie chciałam wesela, tylko szybkiego ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego, ale bliscy nalegali. Nie widziałam sensu, żeby wydawać na to pieniądze, skoro za te pieniądze można by było kupić wyprawkę dla mojego dziecka, no ale nikt mnie nie słuchał. Wybrali za nas restaurację, suknię ślubną i zaprosili gości.
Córki zabrały mi dom i wysłały mnie do jakieś ruiny. Zostałem bez ciepłej wody i ze szczurami
Nadszedł w końcu dzień ślubu. Przyszłam do Urzędu Stanu Cywilnego i wtedy ten cały cyrk się zaczął. Moja nowa rodzina jeszcze nie wiedziała, że zdecydowałam się pozostać przy swoim nazwisku. Czarek o tym wiedział i nie miał nic przeciwko, ale moja teściowa wściekła się i zaczęła krzyczeć na całą salę:
– Jak to nie zmieniasz nazwiska?!
Uśmiechnęłam się i odsunęłam na bok, nic nie mówiąc, bo nie było sensu dyskutować na ten temat. Oczywiście wszyscy na weselu, szczególnie jeśli chodzi o gości ze strony męża, komentowali niepochlebnie moją decyzję, ale miałam to gdzieś.
Nasze małżeństwo trwało zaledwie kilka lat. Czarek był beznadziejnym mężem, ale też i nieodpowiedzialnym ojcem. Siedział przy komputerze przez całe dnie i miał gdzieś mnie, jak i syna. W końcu skończyła mi się cierpliwość, spakowałam się i wyszłam. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą i zaczęłam być szczęśliwa, ponieważ w końcu byłam wolna.
