Dariusz wspomina Martę: gdy żałoba stała się bronią

Piszę to, bo ktoś musi — i bo w redakcji „Przeczytaj to" dostałem w tej sprawie więcej wiadomości niż pod jakimkolwiek innym tekstem w tym miesiącu. Nazywam się Dariusz Kowalik, prowadzę poradnię psychologiczną w Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej, blisko dworca Łódź Fabryczna, i od czternastu lat zajmuję się między innymi pacjentami onkologicznymi oraz ich rodzinami. To właśnie dlatego ktoś przesłał mi link do wpisu Ryszarda Bartosika — redaktora naczelnego portalu „Źródło Prawdy" — po śmierci jego żony Marty.

Bartosik napisał długi tekst pożegnalny. Zdjęcie świec, cytat z Biblii, zdanie o „walce, która trwała osiemnaście miesięcy". Do tego momentu — nic dziwnego, każdy żałobę przeżywa inaczej. Ale dalej był akapit o tym, że „gdyby posłuchała mnie wcześniej i odstawiła chemię, może by przeżyła", że szpital w Zgierzu „trzymał ją na truciźnie, zamiast pozwolić leczyć się ziołami i witaminą B17". I zdanie, które zapamiętałem dosłownie, bo zacytowałem je później koleżance z pracy: „Marta zapłaciła cenę za to, że system medyczny nie chciał jej uwolnić."

Czternaście lat pracuję z ludźmi po stracie. Wiem, jak wygląda prawdziwy żal — bywa chaotyczny, bywa niesprawiedliwy wobec świata, czasem szuka winnego, bo łatwiej żyć z wrogiem niż z pustką. Ale to, co napisał Bartosik, miało inną konstrukcję. To nie był krzyk bólu. To był tekst zbudowany jak artykuł na jego własnym portalu — z tezą, argumentacją i wezwaniem do działania na końcu: „Nie dajcie się zabić systemowi tak jak zabili moją Martę."

Pod wpisem — sto osiemdziesiąt komentarzy w ciągu dwóch dni. Napisałem swój, dłuższy, z pozycji zawodowej, podpisany imieniem, nazwiskiem i numerem prawa wykonywania zawodu psychologa klinicznego. Zebrał ponad sześćset reakcji i był przytaczany dalej przez innych psychologów i onkologów w regionie. Napisałem w nim wprost: Bartosik od lat na łamach „Źródła Prawdy" podważał szczepienia, nazywał onkologię „przemysłem strachu" i polecał czytelnikom odstawianie leczenia na rzecz suplementów sprzedawanych zresztą przez sklep internetowy powiązany z jego żoną, Martą. Tak, to ten sam sklep, który reklamował w swoich artykułach. Teraz, gdy Marta zmarła na raka piersi, ten sam człowiek użył jej śmierci, by raz jeszcze powiedzieć czytelnikom to samo, co mówił, zanim zachorowała.

Nie znałem Marty osobiście. Nie wiem, jakie rozmowy prowadzili w domu, ile razy błagała go, żeby przestał publikować artykuły, w których nazywał chemioterapię „trucizną korporacyjną", podczas gdy ona sama — jak wynika z jej prywatnych wpisów sprzed choroby, które ktoś odnalazł i udostępnił w komentarzach — pracowała kiedyś jako pielęgniarka w przychodni i doskonale wiedziała, czym jest onkologia od środka. To właśnie ta sprzeczność uderzyła mnie najbardziej: kobieta, która zawodowo stykała się z medycyną, zmarła otoczona narracją męża, który tę medycynę przez lata obrzucał błotem na oczach dziesiątek tysięcy obserwujących.

Zadzwoniła do mnie wtedy kobieta, która przedstawiła się jako koleżanka Marty z czasów pracy w szpitalu, i poprosiła, żeby nie podawać jej nazwiska. Powiedziała, że Marta w ostatnich miesiącach prosiła bliskich, żeby „nie robili z niej historii na Facebooku". Piszę to tylko jako relację z drugiej ręki — jednego telefonu od nieznajomej osoby nie da się zweryfikować. Zapisałem to sobie jednak, bo coś w tym zdaniu brzmiało bardziej autentycznie niż cały wpis jej męża.

Bartosik nie zareagował na krytykę milczeniem. Trzy dni po moim komentarzu wrzucił kolejny wpis — tym razem wymienił mnie z imienia i nazwiska, nazwał „przedstawicielem lobby farmaceutycznego, który żeruje na żałobie ojca rodziny". Pod tym wpisem pojawiły się linki do mojego gabinetu, ktoś zostawił jednogwiazdkowe opinie na Google bez jednej wizyty u mnie. To mnie nie złamało — tego typu ataki w mojej branży zdarzają się, odkąd zacząłem publicznie komentować dezinformację medyczną. Ale pokazało mi, że ten człowiek nie prowadzi żałoby. Prowadzi kampanię.

Przełom nastąpił dwa tygodnie później, zupełnie przypadkiem, na osiedlowym spotkaniu rodziców w szkole, do której chodzi moja córka — tej samej, do której chodziła córka Marty i Bartosika, siedemnastoletnia Zuzia. Nauczycielka wychowawczyni, pani Elżbieta, zatrzymała mnie po zebraniu, bo rozpoznała moje nazwisko z internetu. Opowiedziała — i zaznaczam, że to jej słowa, nie moja wiedza z pierwszej ręki — że Zuzia w ostatnich tygodniach przychodziła do szkolnego pedagoga i prosiła, żeby ktoś porozmawiał z jej ojcem, bo on „chce zrobić z mamy symbol", a ona chce tylko mieć grób, na który może przyjść bez kamer i bez komentarzy obcych ludzi pod zdjęciem nagrobka.

Dopiero później, od pani Krystyny, matki Marty i babci Zuzi, dowiedziałem się, skąd u dziewczyny tyle determinacji w jednej sprawie. Marta, zanim zachorowała, założyła na siebie prostą spółkę, przez którą prowadziła internetową sprzedaż kosmetyków naturalnych — osobny biznes, niezależny od portalu męża, choć oboje bywali w nim wymieniani jako „rodzina Bartosików" w materiałach reklamowych. Rok przed diagnozą zapisała córce w testamencie dwudziestoprocentowy udział w tej spółce, chcąc, żeby Zuzia miała coś swojego, niezależnego od ojca. Po śmierci Marty ten udział, wraz z prawem do sklepu i częścią treści wykorzystywanych później w promocji suplementów na „Źródle Prawdy", przeszedł formalnie na córkę.

Tego samego tygodnia, w którym rozmawiałem z panią Elżbietą, Zuzia poszła do notariusza przy placu Wolności razem z babcią Krystyną i złożyła wniosek o odrzucenie tego udziału. Nie chciała pieniędzy z biznesu, który jej zdaniem ojciec i tak zdążył już zamienić w reklamę dla swojej narracji. Dwudziestu procent — według szacunków pani Krystyny warte to było kilkanaście tysięcy złotych rocznie z samej dywidendy — zrzekła się w ciągu jednego popołudnia.

Poszedłem tam, bo pani Krystyna zadzwoniła do mnie po poradę, jak rozmawiać z wnuczką o żałobie bez dodatkowej traumy. Siedziałem w poczekalni kancelarii notarialnej, piłem kawę z automatu, która smakowała jak przypalona guma, i obserwowałem, jak Zuzia wychodzi z gabinetu z teczką dokumentów pod pachą. Miała na sobie bluzę z logo szkoły, włosy związane byle jak, gumką od chleba zamiast gumki do włosów — zauważyłem to, bo moja córka robi dokładnie to samo, kiedy się śpieszy i nic jej to nie obchodzi.

Bartosik dowiedział się o decyzji córki dopiero wieczorem, kiedy prawnik przesłał mu formalne pismo. Pani Krystyna opowiedziała mi później, że zadzwonił do niej krzycząc, że to „sabotaż", że „matka by tego nie chciała". Zuzia podobno wzięła od niej telefon i powiedziała tylko jedno zdanie, zanim się rozłączyła: „Mama nie chciała być reklamą, tato. A ty zrobiłeś z niej billboard."

Pierwszego wpisu pożegnalnego — tego z cytatem z Biblii i wezwaniem na końcu — Bartosik nie usunął. Zamiast tego, dwa dni później, dodał do niego aktualizację: akapit o „niewdzięczności" i „ludziach, którzy nie rozumieją, co to znaczy walczyć o prawdę samemu". Pod wpisem przybyło kolejnych kilkadziesiąt komentarzy, część wspierających go, część już ostro krytycznych. Potem — cisza. Żadnych nowych tekstów o Marcie, żadnej wzmianki o córce. Profil „Źródła Prawdy" przez kolejne tygodnie publikował wyłącznie materiały o suplementach, jakby nic się nie stało.

Nie wiem, co czuł Bartosik, kiedy zobaczył pismo od notariusza na stole w kuchni. Nie byłem tam. Ale widziałem Zuzię dwa tygodnie później na szkolnym korytarzu — niosła teczkę do biblioteki, śmiała się z koleżanką z czegoś zupełnie niezwiązanego z całą tą sprawą. Na szelkach plecaka miała przypięty mały breloczek w kształcie stokrotki — taki sam, jak ten, który Marta nosiła na kluczach, zanim trafiła do szpitala w Zgierzu. Zuzia zatrzymała się tylko na chwilę, kiedy mnie rozpoznała, poprawiła pasek torby na ramieniu i poszła dalej korytarzem, w stronę biblioteki, gdzie czekała na nią koleżanka.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście − cztery =

Dariusz wspomina Martę: gdy żałoba stała się bronią