– To jakoś niezręcznie wyszło…
– Jak to, ty jesteś jego żoną?
– W najbardziej dosłownym znaczeniu. Przynajmniej w sensie prawnym – mogę nawet pokazać pieczątkę w dowodzie. Ślubnego świadectwa nie wzięłam, wybacz – odpowiedziała kobieta, jedną ręką podtrzymując duży brzuch.
***
– Córeczko, za tydzień wyjeżdżam na zmianę, tam słabo łapie zasięg, więc nie znikaj – powiedział Andrzej Kowalski.
– O kota się nie martw, przyjadę, nakarmię, posprzątam kuwetę – mruknęła Kinga, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Właśnie o kota… – zawahał się Andrzej – Słuchaj, nie musisz się tak męczyć, córciu. Po co ci jeździć na drugi koniec miasta po pracy, żeby jednego kota nakarmić? Sąsiadka z klatki schodowej, dobrze ją znam, będzie czasem wpadać do Mruczka.
– Trochę dziwny ostatnio jesteś, tato – zaśmiała się Kinga – Ta twoja sąsiadka to chyba altruistka? I kota nakarmi, i po mleko do sklepu skoczy, i leki z apteki przyniesie. Szczęściarz z ciebie.
– No tak, szczęściarz…
Andrzejowi nagle zrobiło się wstyd, że znowu okłamuje córkę. Zmarszczył brwi i starał się myśleć o czymś innym, żeby nie zdradzić niepokoju. *Ona niczego nie podejrzewa, tylko próbuje się ze mnie nabijać* – pomyślał.
…Andrzej z mamą Kingi byli w rozwodzie od siedmiu lat. Rozstali się spokojnie, bez awantur. Po prostu stwierdzili, że miłość przeminęła. Porozmawiali z córką i od razu złożyli papiery, z czystym sumieniem. Kinga spokojnie przyjęła decyzję rodziców, pod warunkiem, że święta rodzinne nadal będą spędzać razem. Wszystkich to ucieszyło.
– Więc jestem twoją sąsiadką? – uśmiechnęła się przekornie Anna.
– No… nic innego mi nie przyszło do głowy… – spuścił wzrok Andrzej.
– Tak, nazwać mnie swoją żoną to już za trudne, rozumiem.
– Aniu, nie gniewaj się.
– Jestem dorosła, Andrzeju. Ale nie rozumiem, jak długo będziemy udawać, że to wielka tajemnica!
– Sam nie wiem! Boję się, że Kinga nie zrozumie. Pamiętam, jak była mała – miała taki okres lęków, że ktoś z nas nagle odejdzie. Ciągle pytała, czy jej nie porzucimy. Czuję, jakbym ją zdradzał.
– Słuchaj, nie wtrącam się w twoje relacje z córką, ale za dwa miesiące będziesz miał już dwie córki i trzeba będzie podjąć męską decyzję. Rozumiesz? Nie zmuszam cię do wyboru, broń Boże, ale jak zamierzasz ukrywać nowo narodzoną córeczkę?
– Jakoś to będzie! – westchnął Andrzej, choć sam nie miał pojęcia, jak to rozwiązać.
Andrzej poznał Annę niedługo po rozwodzie. Spotkał ją i wiedział – to ta jedyna. Ale nie umiał przyznać się rodzinie, że znalazł nową miłość. Bał się, że Kinga się od niego odwróci, a była żona zacznie utrudniać ich kontakty.
Najpierw martwił się, że Anna jest od niego prawie dziesięć lat młodsza. Potem przejmował się ich sekretnym ślubem. W końcu zaczął się bać, gdy Anna zaszła w ciążę. Ale termin porodu się zbliżał, a wraz z nim moment, gdy prawda wyjdzie na jaw jak drzazga. *Jeszcze tylko trochę, znajdę odpowiedni moment i wszystko wyjaśnię* – pocieszał się Andrzej.
Andrzej ukrywał przed Kingą, że żyje z nową żoną. Unikał spotkań, odwiedzał córkę albo umawiał się z nią w neutralnych miejscach. Kinga, jak większość młodych ludzi, zawsze drażniła się z tatą o „tajemniczą sąsiadkę”.
Tego ranka, gdy ojciec wrócił ze zmiany, Kinga postanowiła wpaść do niego bez zapowiedzi. Ale nikt nie otworzył drzwi. Telefon też pozostawał głuchy. Zaniepokojona Kinga wyszła z klatki. Nie mogła się pomylić – tata napisał, że jest na lotnisku. Lot trwał kilka godzin. Po przylocie też wysłał wiadomość: „Wylądowałem, jadę do domu, wieczorem zadzwonię.” Ale w domu go nie było. *Dorosły człowiek, pewnie załatwia swoje sprawy* – pomyślała Kinga.
– Andrzeja zabrali do szpitala – obcy kobiecy głos wyrwał ją z zamyślenia.
– Co? Kiedy? Gdzie? – zaniepokoiła się Kinga.
Głos dochodził z okna na parterze. Sąsiadka, uchylając lufcik, opowiedziała, że widziała, jak Andrzej wrócił z torbą, pewnie z delegacji. Po pół godzinie przyjechało pogotowie.
– Z rozmów wynikało, że zabiorą go na kardiologię. Wyglądał nie najgorzej, wyszedł o własnych siłach. Dzięki Bogu nie na noszach! Więc to nie reanimacja – mówiła sąsiadka. – A ciebie od razu poznałam, często stoisz pod domem, czekając na taksówkę.
– Dawno go zabrali?
– Już z godzinę temu.
Kinga nie słyszała reszty. Zaczęła drżeć, nie wiedząc, gdzie szukać ojca ani co się z nim dzieje. *Kardiologia… To serce? Ale przecież on nigdy nie miał problemów z sercem!*
– Zadzwoń na pogotowie, może powiedzą, gdzie go zawieźli – poradziła sąsiadka, jakby czytając w jej myślach.
Kinga natychmiast wybrała numer i drżącym głosem poprosiła o informacje. Po kilku minutach dyspozytorka podała nazwę szpitala. Kinga wsiadła w taksówkę i ruszyła do ojca, odpędzając najczarniejsze myśli. Telefon Andrzeja nadal był niedostępny.
– Proszę mi pomóc, na pogotowiu powiedzieli, że przywieźli tu mojego tatę! – zawołała Kinga, ledwo powstrzymując łzy.
– Jeśli już jest zarejestrowany, to sprawdzę. Kiedy przyjechał? – spokojnie zapytała recepcjonistka.
– Nie wiem… Może pół godziny, może godzinę temu… Proszę pomóc…
– Zaczekajcie, podajcie imię i nazwisko.
– Kowalski Andrzej, rocznik 1973. 12 marca…
– Poczekajcie na korytarzu, sprawdzę i wam powiem.
Recepcjonistka zniknęła na chwilę, dzwoniąc gdzieś wewnętrzną linią. Wróciła po chwili.
– Jest na kardiologii. Do sali nie można, oddział zamknięty. Jeśli chcecie coś przekazać, może wyjść na korytarz, jeśli pozwolą. Inaczej pielęgniarki odbiorą. Godziny odwiedzin są przy wejściu.
Kinga wciągnęła głęboko powietrze i spojrzała na Annę, której łagodny uśmiech i wyciągnięta dłoń dały jej więcej otuchy niż wszystkie słowa na świecie.



